Limburskie vlaai

Ciasto określane jako limburskie vlaai, to jeden z najbardziej znanych przysmaków tej prowincji. Jaka jest jego historia, co sprawia, że ciasto jest naprawdę limburskie i dlaczego mieszkańcy Limburgii są z niego tak bardzo dumni?

Vlaai, czyli ciasto w rodzaju tarty z nadzieniem, kojarzone jest przede wszystkim z holenderską i belgijską Limburgią. Uważa się je za typowo limburski produkt regionalny, ale jego prawdziwe pochodzenie nie jest do końca jasne. I chociaż, za sprawą Aantje van de Statie, vlaai kojarzone jest często z Weert, to jednak jego pochodzenie ma podobno mieć korzenie niemieckie. Chociaż i te zdają się nie być zupełnie jasne. Dzisiejsze vlaai to ciasto obchodzące swój własny dzień, zaszczytny konkurs dla cukierników i prawdziwy rarytas dla ludzi nie tylko w Holandii, ale i na całym świecie.

Historia pochodzenia

Pochodzenie kojarzonego z Limburgią vlaai nieco zaskakuje. Ciasto, z którego Limburgijczycy są tak dumni, pochodzić ma bowiem z południowych Niemiec. Co do tego autorzy piszący o historii smakołyku wydają się być zgodni. Ma się to wiązać z germańskim słowem vlade, oznaczającym płaski placek. O takim płaskim cieście, wspominano tam już w średniowiecznych pismach. Już wtedy Niemcy mieli wypiekać ciasta, którego podstawa była drożdżowa, na czym smarowano miód lub konfitury. Autorzy artykułów o vlaai różnią się jednak w kwestii tego, jak ciasto trafiło na holenderskie stoły.

Jeśli wierzyć stronie Chapeau Magazine, pojawienie się vlaai w Limburgii zawdzięczamy… wierze i pracy. Autor artykułu uzasadnia to w następujący sposób: – W przeszłości Limburgię i Brabancję zamieszkiwało wielu katolików. Ponad rzekami mieszkali natomiast protestanci. Szukając pracy, mężczyźni wybierali miejsca, w których mieszkali inni katolicy, a wówczas były to południowe Niemcy. Tutaj zobaczyli, że kobiety wypiekają tzw. „platkuchen” – pozostałości ciast owocowych, których nie udało im się sprzedać na rynku. Po powrocie do domu, mężczyźni prosili swoje żony, by zrobiły im takie ciasto. I tak narodziło się limburskie vlaai. Z kolei strona De Bisschopsmolen podaje, że ciasto trafiło do Limburgii za sprawą kupców, którzy mieli przywieźć je na teren prowincji. Następnie ich żony miały opracować własną wersję ciasta, korzystając z dostępnych składników.

Jeszcze inną wersję podaje strona Kosmisch, według której znajomość vlaai zawdzięczmy Germanom, którzy żyli niegdyś w Limburgii. Mieli oni wypiekać swój chleb kładąc go na ogrzanym najpierw kamieniu. Dla poprawy smaku, wypiek polewano następnie miodem lub sokiem owocowym. Tak miało narodzić się oervlaai, czy wspomniane wcześniej vlade. Na stronie czytamy także, iż w historii Niemiec zachowały się opisy mówiące o tym, że vlaai używano tam, jako chleba ofiarnego i wypiekano go w klasztorach. – Vlaai, określane również jako vlade, przygotowywane było we Vladehuis. Pierwszego dnia święta Wielkanocy, ciasta święcone były przez księdza (w ten sposób kapłan miał pewność, że będą mogły zostać złożone w ofierze). Także w Limburgii nie wypiekano vlaai co tydzień, a tylko na święta: z okazji jarmarku, czy wesela. Jarmark odbywał się zwykle dwa razy do roku. Po mszy, procesji i obfitym posiłku, około godziny szesnastej pito kawę i jedzono vlaai.

Aantje van de Stasie

Jednym z najbardziej znanych pod kątem vlaai limburskich miast, jest Weert. Miasto chce nawet uchodzić za miejsce, w którym powstało pierwsze ciasto tego typu, w całości pieczone w piecu. Pojęcie vlaai z Weert jest niewątpliwie znane w całym kraju, co w dużej mierze jest zasługą Aantje van de Stasie. Kim była?

Maria Hubertina Hendrix urodziła się w 1877 roku. Na chrzcie otrzymała imiona Joanna Hubertina i tak też postanowiła kroczyć przez życie (Antje jest zdrobnieniem od Joanna). Kobietę uważa się za wynalazczynię Weerter vlaaitje, czyli vlaai o małych rozmiarach (13 cm średnicy) i bardzo dobrej jakości. W roku 1911 przejęła restaurację na stacji (w dialekcie: stasie) kolejowej w Weert i z wielkim entuzjazmem zaczęła sprzedawać ciasta podróżnym. To rozsławiło miasto na progu XX wieku. O pysznym Weerter vlaai można było usłyszeć w każdym zakątku Holandii, dzięki czemu przyjęło się mówić o Weert, jako mieście tego owocowego ciasta (vlaaistad). Za swoje zasługi dla miasta, Antje doczekała się pomnika z brązu, który stoi naprzeciwko stacji kolejowej, tuż przed hotelem i restauracją o nazwie Antje van de Statie.

Miasto nadal szczyci się swoim Weerter vlaai, ale złośliwi twierdzą, że ciasto niczym nie różni się od pozostałych, sprzedawanych w Limburgii vlaai.

Co to właściwie jest?

Vlaai to rodzaj tarty owocowej. Podstawę ciasta stanowi płaskie dno z nieco uniesionymi krawędziami, zwykle o średnicy od 27 do 30 centymetrów. Wypełnienie ciasta stanowi zwykle masa owocowa, ryżowa i/lub pudding. Najbardziej popularne owoce to wiśnie, agrest, morele, śliwki i jabłka. Nie powinno to zresztą dziwić. Limburgia była niegdyś biednym regionem, a składniki na ciasto nie były drogie i zazwyczaj znajdowały się na własnym terenie. Mąka była od młynarza, jaja od własnych kur, mleko od własnych krów. Jako tłuszczu używano natomiast smalcu z własnych świń. Wypełnienie ciasta znajdowano w przydomowym ogrodzie lub w lesie.

Ciasta wypiekano niegdyś w bakkes lub bakhoes, przydomowym ceglanym piecu, w którym palono gałęziami z lasu. Ciasto ugniatano rękoma w dużych drewnianych misach (troggen). Kiedy ciasto wzrosło, wałkowano je na cienkie placki. Następnie wkładano je do forem – czarnych stalowych blach, o średnicy 28 cm, smarowanych olejem rzepakowym. Po upieczeniu, ciasta ustawiano w jednym rzędzie, aby ostygły, a następnie składowano je w piwnicy. Na stronie Kosmisch.nl czytamy: – W niedzielę vlaai trafiały na stoły, gdzie posypywano je cukrem pudrem i krojono każde na osiem części. Najpierw jedzono ciasta z nadzieniem owocowym, potem z nadzieniem ryżowym. Jako ostatnie zjadano vlaai pokryte kratką z ciasta.

W późniejszym okresie vlaai zaczęli wypiekać piekarze, dzięki czemu tradycja przetrwała do dziś. Trzeba jednak pamiętać, że nie każde vlaai, można określać mianem limburskiego. Określamy nimi tylko te, które wypiekane są w całości, a więc jednocześnie ciasto i jego owocowe nadzienie. Jeżeli wypełnienie ciasta dodawane jest dopiero po upieczeniu, jak w nowoczesnych wariantach vlaai, nie powinno określać się go mianem Limburgse vlaai.

Mistrzowskie ciasto, które ma swój dzień

Niezależnie od tego, czy vlaai pochodzi z Limburgii, czy też nie, mieszkańcy prowincji są z niego niezwykle dumni. Do tego stopnia, że postanowili oddać hołd temu, znanemu od dawien dawna produktowi regionalnemu, którego znaczenie kulturowe i autentyczne receptury, przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Dlatego, począwszy od 2017 roku, 25 października obchodzą Narodowy Dzień Vlaai. Dzięki jego popularyzacji, limburska tradycja serwowania vlaai do kawy, czy podczas uroczystych wydarzeń, rozpowszechnia się na cały kraj.

Ale to nie wszystko. W ramach dorocznego Tygodnia Limburskiego Rzemiosła Piekarskiego, odbywa się prestiżowy konkurs dla piekarzy z Limburgii i Brabancji Południowo-Wschodniej: Vlaaikeuring. Degustacja ma na celu wyłonienie piekarza, który zdobędzie najwyższą średnią punktów, za dwa przygotowane na konkurs vlaai. Piekarz, który wygra konkurs, przez cały rok może określać się mianem Lekkerste Vlaaienbakker (wypiekającego najlepsze ciasta typu vlaai). W roku 2018 to zaszczytne miano przypadło piekarni Ewals, De Echte Bakker z Tegelen. Kolejne miejsca zajęły piekarnie Bakkerij Heerschap z Roggel oraz Bakkerij Kessels z Meijel.

* * *

Możemy sobie wyobrazić, że – podobnie jak my – po przeczytaniu tego artykułu nabraliście ochoty na skosztowanie tego regionalnego specjału. Zachęcamy do odwiedzenia pobliskiej piekarni, cukierni lub restauracji. Jeśli jednak macie ambicję, by samemu upiec własne vlaai, polecamy jeden ze sprawdzonych przepisów (na dole zalinkowanej strony).

Smacznego!

 

Źródło: KosmichAantje van de StatieChapeau Magazine, Trouw

Foto: Pixabay

Komentarze